Nie taki diabeł straszny: Dzień 7

Glencoe mówi dzień dobry zimnym wiatrem i niską temperaturą. Wygrzebuję się z namiotu jako pierwszy. Reszta jeszcze śpi. Chłonę atmosferę i klimat. Jest rześko i niska temperatura daje we znaki. Mamy lipiec, a tu grubo poniżej 10 stopni.  Gdyby nie widoki uciekałbym jak najdalej stąd. Highlandy są bajeczne. Można siedzieć i gapić się na krajobraz bez końca. 

Buachaille Etive Mòr

Próbuję wyobrazić sobie jak górujący w odległości kilku kilometrów bardzo charakterystyczny, trójkątny masyw Buachaille Etive Mòr wygląda zimą. Do mniej więcej połowy wysokości porośnięty trawą, wyżej już tylko skała. Szczyt tonie w chmurach. Kusi żeby na niego wejść, ale plan jest inny.

Po kilku minutach Agata wychyla się z namiotu. Po jej minie widzę, że nie jest dobrze. Nasze śpiwory przeznaczone są na temperatury w okolicach 15 stopni. To już druga noc z rzędu gdzie jest znacznie chłodniej. Całe szczęście, że dziś możemy wrąbać śniadanie w ciepłym pubie. Budzimy chłopców i idziemy się najeść i ogrzać.

West Highland Way tuż za Kings House

Devil’s staircase

West Highland Way biegnący na zachód  zaprasza do wędrówki. Po obu stronach góry. Po lewej mamy Buachaille Etive Mòr i Buachaille Etive Beag, a po prawej Aonach Eagach. Nie wiem jak wymawia się te nazwy. Patrząc na nie ciśnie mi się na usta każe słowo wyrażające zaskoczenie, podziw i szacunek dla przyrody.

Na szlaku czeka nas jedno podejście, którego nazwa powoduje, że wyobrażam sobie najgorsze. Jest to przełęcz o nazwie Devil’s staircase. Przygotowuję się więc mentalnie na piekielne podejście. Zapominam, że jesteśmy w Highlandach. Po sprawdzeniu profilu wysokości na mapie okazuje się, że to zaledwie jakieś 300 m pod górkę. Jest dość stromo i podejście zajmuje nam około godziny. Jest jednak na tyle wysoko, że zieleń ustępuje miejsca skałom. Zaczyna padać deszcz.  Kamienie robią się śliskie. Pomimo widoków trzeba patrzeć pod nogi żeby nie wywinąć orła. 

Glencoe

Tak kulamy się przez jakiś czas. Ostatni fragment szlaku jest beznadziejnie nużący. Widoki zastępuje las i szutrowa droga. Ciekawym elementem krajobrazu są ogromne rury biegnące ze zbiornika wodnego na górze [Blackwater Reservoir] do elektrowni wodnej w Kinlochleven. Rury nie końca są szczelne i w kilku miejscach tryska woda, która rozpylana przez wiatr tworzy mgiełkę powodując, charakterystyczny mikroklimat i zapach jak na wybrzeżu. Wszyscy z niecierpliwością czekamy na cel podróży czyli pole namiotowe Blackwater Hostel  & Campsite.

Kinlochleven

Zaskakuje nas pole namiotowe. Nie za bardzo wygląda jak pole namiotowe. Spodziewałem się sporego kawałka terenu. A tu mam przed sobą długi na około 100 metrów i wąski na 20 kawałek trawnika gdzie po jednej stronie stoją śmieszne okrągłe domki kempingowe, a po drugiej w jednym rzędzie kilka namiotów. Spotykamy znajomych, którzy rozwiewają nasze wątpliwości. To cel naszej dzisiejszej wędrówki. 

Blackwater Hostel & Campsite

Lokalizujemy plecaki rozbijamy namioty i idziemy na miasto. Trudno nazwać Kinochleven miastem bo to wioska.  Biorąc jednak pod uwagę szlak od startu z Milngavie to największe skupisko ludzkie. Punktem numero uno jest pierwszy na trasie sklep outdoorowy Ice Factor.  Skoro Ice Factor to liczę na to, że będą mieli ciepłe śpiwory. Ciekawostką jest to, że miejscówka posiada najwyższą sztuczną ściankę wspinaczkową na świecie. Nas jednak interesuje sklep. W ofercie mają dwa śpiwory. W naszym położeniu nie ma co wybrzydzać bo to towar pierwszej potrzeby. Kupujemy ciepły śpiwór mało znanej w Polsce marki Vango w komplecie z ciepłymi gatkami dla Agaty. Zabawne, że śpiwór kosztuje tyle samo co w Polsce, a w porównaniu do cen żarcia czy browarów to naprawdę niewiele.  Anglicy potrafią zostawić tani namiot na polu namiotowym bo nie chce im się go zabierać do domu.  W Kinlochleven można uzupełnić zapasy. Można zjeść w pubie, restauracji i w fish and chips shopie. My wybieramy ten ostatni. Ryba i frytki jak w większości takich miejsc strasznie tłuste.  Zdecydowałem się spróbować marynowanego jaja. Dziwny pomysł żeby gotowane na twardo jaja obrane ze skorupki trzymać w słoikach z octem. Jeszcze dziwniejszym pomysłem wydaje się ich jedzenie. 

Ten fragment trasy był widokowo bardzo przyjemny. Przyjemność psuła tylko jesienna aura. Jest jakie powiedzenie w Szkocji „Nie podoba się pogoda? Poczekaj 5 minut”. Poczekać musimy trochę dłużej, ale warto. Ostatni dzień był słoneczny. Kolejne dni wręcz upalne.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *