Tu byłem – J. Bond: Dzień 6

Budzi mnie deszcz. Lubię jak pada pod warunkiem, że nie śpię w namiocie i nie szwendam się po górach. Nic w przyrodzie nie ginie. Miało padać wczoraj, pada dziś. Wychodzę, a w zasadzie to wyczołguję się z namiotu obolały jak co dzień od tygodnia. Zaczynamy szósty dzień wędrówki. Jesteśmy coraz bliżej celu. Przed nami największe i najwspanialsze wrzosowiska Wielkiej Brytanii.

Wrzosowiska

Z mapy wynika, że mamy do przejścia zaledwie 16 kilometrów. W pionie różnica wysokości wynosi trochę ponad 400 metrów. Zapowiada się spacer jak w niedzielne przedpołudnie.

Wrzosowiska

Wrzosowiska robią wrażenie. Zielone pagóry i bezkresne, pofałdowane tereny jak okiem sięgnąć. Gdyby nie to, że w oddali po prawej prawie przez cały czas widać drogę A81 można by pomyśleć, że jesteśmy naprawę daleko od cywilizacji. Warto trzymać się drogi. Łażenie po wrzosowiskach może skończyć się w najlepszym przypadku zmoczeniem butów, w najgorszym ich utratą.

Skyfall

Około południa wychodzi słońce. Z perspektywy czasu (opis powstaje kilka tygodni po wyprawie) ten i kolejny dzień serwują nam najlepsze widoki. Nie można ich porównać do czegokolwiek. Żadne inne góry tak nie wyglądają. Ten krajobraz jest jedyny w swoim rodzaju. Jeżeli masz wątpliwości polecam obejrzenie Skyfall

Miłośnik straganów, tłumów, odpustu i świecidełek powiedziałby, że takie łażenie to w sumie do dupy jest. Poza wrzosowiskami i górami nic tu nie ma. I właśnie o to chodzi. Nie ma też ludzi robiących hałas, tłok i zamieszanie. Nie ma gównianych odpustowych straganów. Jest cisza i wspaniały klimat tego miejsca.

Kings House

W trzech czwartych szlak osiąga najwyższy punkt by zacząć schodzić w dół do Kings House. Z daleka widać miejsce, którego nie mogę się doczekać.  Po dotarciu mijamy jakiś plac budowy,  kompleks z toaletami, drewnianą budę, obok której kręcą się turyści.  Ja zmierzam prosto do hotelu, który oglądałem na zdjęciach w sieci. Zaglądam przez okno, łapię za klamkę i w osłupieniu czytam kartkę przyczepioną tuż obok drzwi. Ponowne otwarcie nastąpi w grudniu. Ej, no to chyba żart jest jakiś. Hotel i pub są w remoncie. Rozglądam się więc spokojnie dookoła i widzę, że drewniana buda to tymczasowy pub, a ładny drewniany budynek przyklejony do kompleksu z toaletami to hostel. Zmierzam więc niepocieszony w tamtą stronę. Lokujemy się w knajpie, która w żaden sposób nie przypomina starego szkockiego pubu, ale okazuje się, że chociaż karmią tam nieźle. Haggis zaprawiony whisky z ziemniakami to poezja smaku.

Kings House

Odbieramy kolejny raz nasze plecaki. King’s Houseto jedyne miejsce gdzie czekają w szopie pod kluczem. Kolejny raz rozbijamy namioty nad potokiem. Znowu siedzę i gapę się na góry. Tym razem jednak nie urządzam kąpieli w potoku, a idę pod prysznic. Ciepła woda leci po wrzuceniu funciaka. Zabieram blachę ze sobą, rozbieram się włażę do kabiny i …  …okazuje się, że automat przyjmuje tylko stare jednofuntowe monety. Nie chce mi się ubierać i wracać żeby wymienić monetę w pubie. Kolejny raz myję się w lodowatej wodzie. Ta wczoraj w potoku była cieplejsza. 

King’s House serwuje nam jeszcze jedną niespodziankę. W okolicy kręci się mnóstwo jeleni. Są dokarmiane przez turystów i właścicieli miejscówki. Rzeczywiście spotykamy piękne zwierzę z ogromnym porożem, z którym dzielimy się chlebem. Zjada prosto z ręki.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *