Nie jest zimo, jest rześko: Dzień 2

Mówią, że w pewnym wieku jak wstajesz rano i nic cię nie boli to znaczy, że nie żyjesz. O poranku drugiego dnia wyprawy naprawdę czuję, że żyję. Czuje to każdą częścią mojego ciała. Moje plecy, ramiona i nogi wręcz wrzeszczą w niebogłosy informując, że jeszcze nie umarłem.

Drymen

Po wczorajszym deszczu nie ma śladu. Zapowiada się pogodny dzień. Opłatę za namioty, 10£ za każdy, wrzucamy do przygotowanej przez właściciela terenu skrzynki na listy. Zwijamy klamoty i około 9:00 ruszamy. Wszyscy czworo trochę połamani po pierwszym dniu, jednak z uśmiechem i nadzieją na kolejny dzień na West Highland Way.

Do Drymen mamy rzut kamieniem. Po niecałych dwóch kilometrach jesteśmy w centrum. Village shop, który wcześniej widziałem na mapie  zakładając, że uzupełnimy w nim zapasy jedzenia okazuje się być sklepem z pamiątkami, zabawkami i pierdołami w postaci foliowych płaszczy przeciwdeszczowych czy przejściówek z europejskich na brytyjskie gniazdka.

Village shop w Drymen

Dobrze zaopatrzony supermarket (Ufff!) jest jakieś sto metrów dalej. Tuż obok bankomat. Cały czas jesteśmy na totalnym zadupiu, a i tak prawie wszędzie można płacić kartą. Zabrałem 300£ w gotówce i wystarczyło naszej czwórce naprawdę na długo. Jeśli jedziesz w pojedynkę i nie zamierzasz degustować wszystkich whisky dostępnych w pubach taka suma powinna starczyć na całą wyprawę. Oczywiście przy założeniu, że śpisz w namiocie i sam gotujesz. Szkocja jest jak na warunki Polskie drogim krajem.

Decyzja o rozbiciu namiotów trzy kilometry przed Drymen była właściwa. W Drymen nie ma pola namiotowego. Jest za to sporo miejsc gdzie można przenocować w bardziej cywilizowanych warunkach. Pierwszy i chyba najbardziej zachęcający B&B o nazwie Mulberry Lodge mijamy po przejściu około jednej mili. Cena za łóżko to  26£. W centrum Drymen jest sporo miejsc noclegowych. Najokazalszym w samym centrum Drymen jest Winnock Hotel. Cena rośnie wraz ze standardem i dochodzi do 100£.

Śniadanie jemy w małej knajpce Skoosh, która bardziej do nas przemawia niż okazała  The Drymen Inn. Jest niedziela rano, a w knajpce ruch spory. Mam wrażenie, że przede wszystkim mieszańcy Drymen wpadają na śniadanie i kawę. Pojawia się nawet lokalna grupa kolarska.

Widok na Conic Hill z Old Gartmore Rd

Robimy małe zakupy w supermarkecie i ruszamy w dalszą drogę. Idziemy na północ Old Gartmore Rd. lub jak kto woli Szlakiem Rob Roya, który tutaj ma swój początek.  Po prawej widać  Conic Hill. Dochodzimy do Garabdhan Forest i jesteśmy spowrotem na West Highland Way. Powoli zbliżamy się do podnóża Conic Hill i zaczynamy wdrapywanie się pod górkę.  W zasadzie nie jest ani specjalnie wysoko, ani też stromo jednak z plecakiem lekko nie jest. Na ostatnich kilometrach widoki trochę przypominają połoniny bieszczadzkie.

Conic Hill i Loh Lomond

Conic Hill

Piękne widoki podczas wchodzenia na Conic Hill dają przedsmak tego czego można spodziewać się na górze i co czeka nas przez najbliższe kilka dni. Czasem jest tak, że wchodzisz na jakiś szczyt kilka godzin, pocisz się i stękasz, a jak już jesteś na górze mówisz ‚a-ha…’ i złazisz na dół. Na Conic Hill nie ma ‚a-ha…’. Z moich ust wydobywa się niecenzuralny odpowiednik przymiotnika ‚ojejkujej’. Z góry widok jest mistykularny. Widać spory kawał jeziora Loch Lomond, małe wysepki jakimi jest usiane, wzgórza po drugiej stronie jeziora i łódki rozsiane w okolicach przystani w Balmaha. Siedzimy gapiąc się na roztaczający widok dobre pół godziny.

O ile do tej pory minęliśmy zaledwie kilka osób tutaj jest tłok. No może nie jak na Giewoncie w lipcu ale jednak. Do tego wszyscy idą w przeciwnym kierunku i jakoś tak bez plecaków i w t-shirtach. My siedzimy w polarach i wiatrówkach bo wieje jak cholera. Twardziele myślę sobie.

Wszystko staje się jasne godzinę później w Balmaha. Przypominam sobie, że jest niedziela. Trasa na Conic Hill od strony Balamaha to wspaniały pomysł na rodzinny, niedzielny spacer. Trasa w tą i z powrotem strony zajmuje około trzy godziny.

Balamaha

Drymen było małe, Balmaha jeszcze mniejsze. Jest spożywczak, restauracja i hotel.  Całość w jednym kompleksie. Restauracja i hotel nazywa się The Oak Tree i wygląda bajecznie.  Zapada decyzja, że w tych okolicznościach nie będziemy żreć chleba z drzemem.  Wchodzimy na frytki i piwo do środka.  W Balmaha rozpoczyna się odcinek nad jeziorem. Loch Lomond. Jezioro jest wielkie. Ma pona 39 km długości. Jest to największe jezioro w Szkocji pod względem powierzchni i drugie pod względem objętości wody. Mijamy przystań i statułę Toma Weira i zmierzamy w stronę terminala promowego. Tam strzelamy wspólną fotę i ruszamy dalej.

Przystań promowa w Balmaha

Przez następne dwadzieścia mil szlak biegnie nad jeziorem.  Nam na dziś zostały tylko trzy mile. Do pola namiotowego znowu trochę pod górę, a trochę z górki. Łatwizna gdyby nie te cholerne plecaki. Mijamy Milarrochy Bay Picnic Area. Jest tam kilka miejsc na rozbicie namiotu. My jednak idziemy mijając po drodze Milarrochy Bay Camping. Wygląda zachęcająco, ale pomimo zmęczenia chcemy dokulać się do campingu Cashel.

Cashel

Lądujemy tam około 20:00. Sklep zamknięty, recepcja też. Przemiła Pani z obsługi otwiera drzwi i wskazuje miejsce gdzie mamy rozbić namioty.  Świetna miejscówka tylko wieje jak cholera. Loch Lomond jest długie, po obu stronach są wzgórza więc wiatr ma się gdzie rozpędzać. Cashel ma bardzo dobre zaplecze sanitarne. Duże i czyste prysznice, umywalnie i toalety. Jeżeli do czegoś miałbym się przyczepić do brak jakiekolwiek wiaty gdzie można się choć na chwilę schować przed wiatrem lub deszczem.

Cashel

Teraz już wiem dlaczego zaproponowano nam, żeby rozbić namioty w pewnej, znacznej odległości od jeziora. Gotujemy chowając się w umywalni.  Szybka kolacja, prysznic i lądujemy w śpiworach. Nogi nam odpadają. jednak drugi dzień na West Highland Way był  znacznie lepszy niż pierwszy. Nie padało, a co ważniejsze robiliśmy porządne przerwy ładując akumulatory na trasie.  To był naprawdę udany dzień.

W nocy okazuje się, że lekkie śpiwory na optimum w zakresie 15-20°C  to trochę za mało. Jest około 10°C. Taka temperatura i silny wiatr powoduje, że jesteśmy poza strefą komfortu cieplnego.

Rano wieje tak samo. Zgadzam się z jednym z mieszkających na polu Anglików. Nie jest zimo, jest rześko. Uciekamy jak najdalej od jeziora na śniadanie. Szkocka owsianka, w takich okolicznościach smakuje wyśmienicie. Spędzamy kilka minut na plaży i ruszamy w dalszą drogę. Nic nie zapowiada, że będzie to najtrudniejszy etap wędrówki.

Podróże kształcą czyli pro-tips z dnia drugiego.

  1. Lekki letni śpiwór nie jest dobrym pomysłem w Szkocji.
  2. Dobrze jest mieć ze sobą osłonkę na palnik gazowy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *