West Highland Way

Plan jest ambitny: Dzień 1

Plan jest ambitny. Pierwszego dnia na West Highland Way chcemy dotrzeć na pole namiotowe Cashel znajdujące się nad jeziorem Loch Lomond. Do przejścia mamy około 35 kilometrów. Teren jest w miarę płaski, dzień długi, my nieźle przygotowani więc wydaje się to być realne. Niestety rzeczywistość boli i okazuje się, że przekombinowałem.

Milngavie

West Highland Way ma początek w Milngavie, małym miasteczku pod Glasgow. Mieszka tam prawie 13 tys. ludzi. Z Glasgow do Milngavie można się dostać pociągiem. Zajmuje to jakieś 30 minut. My dotarliśmy tam późnym popołudniem i noc spędziliśmy w Premier Inn. Spoko hotel w rozsądnej cenie. Na podobne ceny dalej nie ma co liczyć. Baza noclegowa na szlaku nie jest bogata. Znalezienie w sezonie wolnego miejsca bez wcześniejszej rezerwacji graniczy z cudem.

Obelisk West Highland Way
Obelisk West Highland Way

Rozpoczynamy dzień od szkockiego śniadania w hotelu. W Polsce nie jem mięsa, ale z tradycyjnego szkockiego śniadania w życiu nie zrezygnuję. W The Iron Chef, małym sklepiku z mydłem i powidłem w centrum, tuż obok miejsca gdzie rozpoczyna się szlak można kupić gaz, mapy i spray na meszki. Kup mapę i gaz. Na spray szkoda kasy.  Jedyną rozsądną opcją jest siatka na głowę, która znacznie lepiej zabezpiecza przed tymi małymi cholerami. Podobno można biegać machając pochodnią i działa jeszcze lepiej, ale szczerze powiem, że tej opcji nie wypróbowałem. Opętańcze bieganie bez pochodni jest bez sensu i nie robi na nikim wrażenia. Zresztą biegając można się spocić i nie da się rozłożyć namiotu ani zawiązać butów. Jak się zmęczysz i tak krwiopijcy Cię dopadną.

Lasy, łąki, pola, owce i… krzaki

Początek szlaku oznaczony jest granitowym obeliskiem i czymś w rodzaju bramy. Zresztą cały szlak jest znakomicie oznaczony i raczej nie da się zgubić. Pierwszy etap nie powala na kolana chyba że lubisz łazić po krzakach i błocie.  Można uznać, że jest to raczej rozgrzewka przed właściwym szlakiem. Gdybym dziś miał planować drogę rozpocząłbym podróż w Drymen. Pierwszy etap to leśno-błotne tereny Mugdock Country Park. W zasadzie taki sobie spacer po parku w błocie. Po około 6 kilometrach wychodzimy z lasu i szlak biegnie przez łąki i pastwiska i krzaki. Jeżeli jesteś owcą lub kępą trawy to coś w sam raz dla Ciebie.

Okolice Dumgoyach Farm

Co jakiś czas przechodzimy przez furtki zabezpieczając przed ucieczką owiec z pastwisk. Teren jest w dalszym ciągu dość płaski. Widoki, w stosunku do tych, które będziemy oglądać za kilka dni, można uznać co najwyżej za zadowalające. Ciężkie plecaki i deszcz dają się we znaki. Morale spada, ale idziemy z uśmiechem na ustach. Kilka godzin później będzie to śmiech przez łzy. Po około 10 kilometrach po lewej stronie znajduje się destylarnia whisky, którą można zwiedzać. My mieliśmy w planie inną destylarnie więc nie skorzystaliśmy. Trochę dalej jest dobre miejsce na odpoczynek – The Beech Tree Inn.

Superbohaterowie nie odpoczywają!

My niestety spieprzyliśmy sprawę i zamiast trochę odpocząć brnęliśmy dalej w deszczu. Ten błąd spowodował, że pierwszy dzień zakończyliśmy w pod Drymen. Przeszlismy zaledwie połowę zakładanego dystansu na West Highland Way czyli około 18 kilometrów. Gdybyśmy zrobili konkretny postój w The Beech Tree Inn dalibyśmy radę osiągnąć zaplanowany cel. Tak przynajmniej myślałem pod koniec pierwszego dnia. Około 16.00 rozbijamy namioty na Easter Drumquhassle Farm. Raczej wątpliwej klasy pole namiotowe. Kolejne miejscówki są zdecydowanie lepsze. Kompleks stanowi stara szopa lub może stodoła, w której są dwa sraczyki, taka sama ilość pryszniców, dwa stoliki piknikowe i długi blat kuchenny, na którym można rozstawić kuchenkę i przygotować żarcie. Jest tłoczno, nie tylko nas pogoda zmusiła do postoju w tym miejscu. Nie ma co narzekać bo nie pada na łeb, nie wieje i nie trzeba srać w krzakach.

The Beech Tree
Billboard reklamowy The Beech Tree Inn

Okazuje się, że pokrowce na plecakach nie zabezpieczają w 100% przed deszczem i cześć ubrań jest wilgotna. Na szczęście śpiwory i bielizna jest sucha. Deszcz przestaje padać i wygląda na to, że kolejny dzień będzie lepszy. Do Drymen i cywilizacji mamy około jednej mili. Padamy na ryje i zamiast porządnej kolacji w knajpie decydujemy się na skorzystanie z zapasów jedzenia. Dobrze, że zjedliśmy porządne śniadanie. Podsumowując (kulinarnie) dobiegający końca dzień na obiad był chleb z dżemem i jogurt. Na kolację owsianka i kawa. Tak kończymy niekoniecznie udany pierwszy etap. Do zaplanowanego na ten dzień miejsca brakuje nam ponad 15 kilometrów. Dotrzemy tam dopiero jutro po południu.

Podróże kształcą czyli pro-tips z dnia pierwszego.

  1. Nie przeginaj z dystansem.
  2. Nie tylko brudne ubrania trzymaj w foliowych torbach.
  3. Miej w plecaku żarcie na kolację.
  4. Odpocznij czasem.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *